Lalką trzeba poruszyć 25 razy na sekundę | | | Fot. Se-ma-for Piotruś, bohater filmu | Fot. Michal Sierszak Suzie Templeton w Se-ma-forze. Łódź, wrzesień 2005 r. | Fot. Sergiusz Pęczek Paulina Majda, autorka projektu domu Piotrusia. Styczeń 2006 r. |
Siedziba wytwórni Se-ma-for, gdzie powstawał oscarowy film "Piotruś i wilk", się sypie. Kamienica jest obskurna, a reszta okolicy wygląda jeszcze gorzej. Boczną uliczką, którą do Se-ma-fora wjeżdżają samochody, płyną ścieki, bo w domach nie ma kanalizacji. Jak Anglicy z BreakThru Films przyjechali do Łodzi rozmawiać o zrobieniu filmu animowanego i zobaczyli ulicę Krośnieńską, to chcieli się wycofać. Ale im się nie udało, bo Zbigniew Żmudzki, szef Se-ma-fora, ma prawie dwa metry wzrostu i trudno było odmówić jego zaproszeniu. Reżyserka Suzie Templeton i producent Alan Dewhurst przekonali się wtedy, że pracownie i studia Se-ma-fora wyglądają prawie jak w Londynie. Dziwili się jednak, że jest tu tak wiele listewek, ściereczek, gwoździków, kawałków korka i innych drobiazgów. Wtedy jeszcze nie wiedzieli, że Polakowi do pracy wszystko może się przydać.
Malutki domek i ogromny las Hala Łódzkiego Centrum Filmowego, 31 stycznia 2006 roku, godzina 10.05. Rozpoczynają się zdjęcia do "Piotrusia i wilka". ŁCF to kiedyś najbardziej znane filmowe miejsce w Polsce - Wytwórnia Filmów Fabularnych. Powstały tam "Pożegnania", "Pociąg", "Krzyżacy", "Seksmisja". W największej hali stanął las. Miał 20 metrów długości i 16 szerokości. Las wyglądał jak prawdziwy, tylko wszystko było w nim mniejsze: krzewy, trawa, kamienie i 1700 drzew. Sosny z filmowego lasu nie miały oryginalnych igieł, bo były za duże. Scenograf Marek Skrobecki wymyślił, że trzeba znaleźć egzotyczne drzewka z maleńkimi igiełkami. I właśnie takie igły przez kilka miesięcy przyklejano do gałęzi. W drugiej części hali - przedzielonej ogromnymi, jak wszystko na Łąkowej, kotarami - stał domek Piotrusia. Z łóżkiem, stolikiem i krzesłem. Domek był dokładną kopią tego, który reżyserka Suzie Templeton sfotografowała w Rosji. Tylko pięć razy mniejszą. Piotruś miał wyrzeźbionych kilka głów. Bo w filmie czasem jest radosny, czasem przerażony, a innym razem zasępiony. Jego twarz i dłonie zostały zrobione z sylikonu, który przypomina naturalną skórę. Piotruś miał też oczy, zęby, język, włosy i ciało z lateksu przykrywającego przegubową konstrukcję ze specjalnego stopu metali. - We wcześniejszych filmach używaliśmy stopu, który pamiętał jeszcze czasy państwowego Se-ma-fora, ale tym razem go zabrakło. Złożyliśmy zamówienie w polskich hutach. Okazało się, że najmniejsza ilość, jaką mogą dla nas wyprodukować, to 2 tony! Szukaliśmy dalej po całej Europie. W końcu Szwedzi zgodzili się na 200 kilogramów. I tak wystarczy nam tego na następnych 50 lat. Niektóre przeguby mają po kilka milimetrów, więc łatwo sobie wyobrazić, ile zużywamy przy jednej produkcji - opowiada Adam Ptak z Se-ma-fora. Filmowcy pracowali na pięciu planach jednocześnie. Lalki grały mimiką, gestami, ruchami. Jak zawodowi aktorzy. Przed każdym kadrem lalki trzeba było delikatnie przesuwać, pamiętając o wszystkich częściach ciała i jeszcze o włosach. I sfotografować 25 razy, by uzyskać jedną sekundę filmu. W "Piotrusiu i wilku" jest ponad 400 ujęć trwających średnio po 4 sekundy. Na jedno ujęcie potrzebne było półtora dnia. Przed każdym trzeba było od nowa ustawiać światło i kamery. Bywało, że praca nad wyjątkowo trudnymi ujęciami trwała nawet tydzień. Szron jak z bajki Na pomysł nakręcenia współczesnej wersji muzycznej baśni Prokofiewa Alan Dewhurst i Hugh Welchman z londyńskiego studia BreakThru wpadli trzy lata wcześniej. Reżyserię zaproponowali Suzie Templeton, zaraz po tym, jak jej animowany "Pies" dostał najważniejszą brytyjską nagrodę filmową BAFTA. Templeton zrobiła kilka szkiców postaci i dekoracji. A potem razem z urodzoną w Wenezueli Marianelą Maldonado zaczęły pracę nad scenariuszem. Zmieniały go 15 razy. A londyńscy producenci zaczęli szukać koproducenta. Z setek ofert wybrali Se-ma-for. Dlaczego? Bo bardzo spodobał się im "Ichthys" - animacja zrealizowana tam przez Marka Skrobeckiego. - To było dokładnie to, czego szukaliśmy - stwierdził Alan Dewhurst. - Byłabym dumna, mogąc pracować z ludźmi, którzy zrobili taki film - wtórowała reżyserka. Przyjechali do Łodzi na pół roku przed rozpoczęciem zdjęć. W wynajętym mieszkaniu w centrum miasta przygotowali uproszczoną trójwymiarową wersję filmu. I powoli poznawali miasto. - Nie mam czasu, żeby dużo zwiedzać, bo przez cały czas pracuję albo śpię. Ale uwielbiam Łódź za architekturę i kolory. Mogłabym tu żyć i pracować przez lata - mówiła Suzie Templeton znajomym. Suzie i Alanowi najbardziej spodobało się na bazarze Górniak, gdzie mogli kupić świeże warzywa. - Ale one pachną - dziwiła się Suzie. Zachwyceni byli też mroźną zimą. - Nie mogę się napatrzeć na szron na drzewach, który wyglądał jak z bajki - opowiadała. Gorzej było latem. Upał na zewnątrz, na planie grzeją 150-kilowatowe żarówki. Można się było ugotować. A nie wolno było włączyć wentylatora, bo od podmuchu lalka mogła się przesunąć, choćby o milimetr. I wtedy cała praca na marne. Zdjęcia trwały osiem miesięcy. Praca zaczynała się o 8 rano, a kończyła nieraz koło północy. Templeton była bardzo wymagająca, a Polacy nie zawsze rozumieli, o co jej chodzi. Dlatego kazała robić dużo projektów. Oglądała je i mówiła "to jest to". Ale po angielsku, bo po polsku potrafiła powiedzieć tylko "dziękuję".
Suzie Templeton ma 40 lat. - Uparta. Trudno to znieść. I taka introwertyczna - oceniał Kamil Polak, który odpowiadał za postprodukcję. - Ale to normalne, bo animacja to mit samotnego twórcy, który przez rok nie wychodzi z pokoju. Dla Suzie "Piotruś" był pierwszym filmem, przy którym pracowała z tak duża ekipą. Kierowała 160 osobami, głównie studentami i absolwentami łódzkiej Akademii Sztuk Pięknych. Było też wielu młodych ludzi z Niemiec, Portugalii, Hiszpanii, Czech, a nawet Meksyku. - Nie było jej łatwo otworzyć się na współpracę. Ale w końcu nam zaufała - mówi polski producent Zbigniew Żmudzki. Samolotem do Oslo i z powrotem Ekipa "Piotrusia i wilka" docierała się nie tylko na planie. Rozegrali mecz piłkarski Polska - Reszta Świata. Jako pierwsi bramkę strzelili gospodarze, ale mecz skończył się ich porażką 1:2. Decydującą bramkę w ostatniej minucie meczu strzelił londyński producent. Tradycją stały się piwne piątki w pubach. - Jak się tak długo ze sobą przebywa, trzeba się lubić. Bez tego praca byłaby nie do zniesienia - ocenia Adam Wyrwas, główny animator. Wyrwas podczas pracy nad filmem schudł 12 kilogramów. Kiedy Suzie pytała go, jak będzie poruszać się lalka, zamykał się z nią w pokoju i machał rękami i nogami, naśladując ruchy wilka, Piotrusia i kaczki. Przez ostatnie tygodnie Kamil Polak i jego współpracownicy zajmujący się efektami komputerowymi nocowali w Se-ma-forze. Właśnie na ostatnim etapie produkcji trzeba dodać śnieżycę lub opadającą mgłę. A kiedy indziej usunąć z kadru metalowe konstrukcje, które podtrzymują lalki. A to zajmuje mnóstwo czasu. Ale końcowy efekt był świetny. - Materiał wygląda zachwycająco - cieszyła się Templeton. Światową premierę "Piotruś i wilk" miał we wrześniu 2006 roku w londyńskiej Royal Albert Hall. Do filmu zagrała Philharmonic Orchestra z Londynu. Ta sama, która wcześniej w londyńskim kościele All Hallows nagrała muzykę do filmu. Na projekcję przyszło prawie 5 tysięcy osób. Sala była pełna. Ale niewiele brakowało, by do premiery nie doszło! Postprodukcja wykonywana w Norwegii opóźniała się. Zapchały się łącza internetowe i co dwa dni ludzie z Se-ma-fora lecieli do Oslo z dyskami do komputerowej obróbki. Z realizacji filmu animowanego zrobił się horror. Samolot z płytą, na której nagrano ostateczną wersję filmu, wystartował do Londynu w dniu premiery. Gdyby na przykład nad Londynem była tego dnia mgła, to pokazu by nie było, a w Royal Albert Hall salę rezerwuje się kilka lat wcześniej. Film odniósł sukces nie tylko w Wielkiej Brytanii, ale też w Australii, Hongkongu, Szwajcarii i Portugalii. Wspaniała była polska premiera w łódzkiej filharmonii z udziałem wielkiej orkiestry symfonicznej. - Czegoś równie okazałego jeszcze nie widziałem - zachwycał się Bill Dennis, producent, który przez 30 lat kariery pracował dla Walta Disneya i Hanna-Barbera. W czerwcu ubiegłego roku "Piotruś i wilk" zwyciężył na festiwalu w Annecy, który jest w świecie animacji tym, czym Cannes dla filmu aktorskiego. I Oscar stał się realny. Po Oscara Producenci nie próżnowali. W Filadelfii wynajęli orkiestrę symfoniczną, jedną z najlepszych w Stanach. Seans obejrzało 9 tysięcy osób. "Piotrusia i wilka" wyświetlało w USA 68 kin. Hugh Welchman poleciał do Stanów i na okrągło spotykał się, namawiał, zaprzyjaźniał. - Przez trzy tygodnie spałem po cztery godziny, a w noc poprzedzającą rozdanie Oscarów wcale - przyznaje. BreakThru Films wynajęło też dziennikarza, który pisał o filmie do gazet w całej Ameryce. Takich publikacji było 70. Szef Se-ma-fora zadzwonił do Zbigniewa Rybczyńskiego, słynnego reżysera, który ćwierć wieku temu dostał Oscara za zrealizowane w Se-ma-forze "Tango". Kiedy Rybczyński dowiedział się, że "Piotrusia i wilka" też zrobiono w Se-ma-forze, powiedział: - Na mój głos możecie liczyć. Będę namawiał do głosowania znajomych z Akademii Filmowej. 24 lutego w USA Suzie Templeton i Alan Dewhurst odebrali statuetki Oscara.
Nagroda już pracuje dla Se-ma-fora. Władze Łodzi zapewniają, że obiecany budynek po filharmonii zostanie przekazany Se-ma-forowi w ciągu dwóch tygodni. Ma tam też powstać muzeum animacji i stanąć pomnik-fontanna Misia Uszatka. Są też już propozycje z zagranicy. Wkrótce w Se-ma-forze ruszą prace nad wysokobudżetowym filmem dla Anglików i reklamą kręconą w technologii lalkowej. Zacytuj | Odsłon: 206
Tylko zalogowan użytkownicy mogą komentować materiały . Proszę zaloguj się lub zarejestruj. Powered by AkoComment Tweaked Special Edition v.1.4.6 AkoComment © Copyright 2004 by Arthur Konze - www.mamboportal.com All right reserved |