Pan pracuje dużo dla branży reklamowej?
Tak, trwa to już dziesięć lat i wcale nie uważam, że to gorszy rodzaj twórczości. To po prostu fajna robota. Dzięki niej mam czas na projekty artystyczne, na których trudno zarobić. Na sfinansowanie swoich pomysłów muszę zapracować gdzie indziej. Zresztą w reklamie człowiek doskonale uczy się warsztatu. Bo najważniejsze to cały czas coś robić, nieważne, że to głupia reklamówka proszku do prania. Wbrew obiegowej opinii, w świecie reklamy spotyka się bardzo sensownych ludzi. Ale nigdy nie byłem przeciwnikiem animacji tradycyjnej, to bardzo bogata dziedzina.
Właśnie, jak wskazuje przykład "Piotrusia i Wilka"...
Co do Se-ma-fora, tam była trochę inna sytuacja. Oni też nie boją się pracy przy reklamie, podejrzewam, że mają zbliżone podejście do mojego. Jednak zapotrzebowanie na animację tradycyjną, lalkową, nie jest tak duże jak na animację komputerową. Dlatego Se-ma-for miał przez długie lata trudną sytuację finansową. Teraz być może się to zmieni. Nawet jeśli Oscar trafił do angielskich koproducentów, to rynek profesjonalny wie, gdzie ten film rzeczywiście powstał. Dzięki temu firma prawdopodobnie uzyska więcej zleceń i wyjdzie na prostą, czemu bardzo kibicuję, bo tam pracują naprawdę bardzo utalentowani ludzie. Dla mnie stosunek animacji tradycyjnej do komputerowej przypomina stosunek teatru do kina. To są różne media, oczywiście na pewnym poziomie ze sobą konkurują, bo kino wyciągnęło widzów z teatru. Ale to nie znaczy, że teatr zniknął! Stał się bardziej niszowy, ale będzie istniał nadal. Tak samo będzie z animacją tradycyjną - też będzie istnieć za sto lat, tylko będzie troszeczkę bardziej niszowa, skierowana do bardziej wyrobionego widza.
Co będzie działo się w animacji w najbliższych latach?
Ostatnio branża ekscytuje się animacją stereoskopową. W ubiegłym roku powstał film "Beowulf", w tym roku podobnych filmów, i to w różnych stylistykach, mniej realistycznych, będzie chyba siedem. A na rok 2009 jest planowanych bodaj 30. Ja zacząłem się mocniej interesować kinem kombinowanym, tzn. aktorskim z efektami specjalnymi, które też są odmianą animacji. Takim filmem jest na przykład "300", gdzie wszystko zostało nakręcone na tzw. green boksach, z żywymi aktorami. To jest kino, które mnie w tej chwili najbardziej interesuje. Ale nie odejdę od animacji. Przez ostatni rok pracowałem nad "Wiedzminem" i nie robiłem swoich rzeczy. "Wiedźmin" był dla mnie projektem rozwojowym, w który zdecydowałem się zainwestować swój czas, żeby się czegoś nauczyć.
Czy jest przepis na sukces w animacji?
Zawsze uważałem, że recepta jest prosta: trzeba mieć ciekawą historię do opowiedzenia, jak w filmie, i trochę nad nią popracować. Wtedy po prostu nie da się nie odnieść sukcesu.